07.12.2019
Strona główna featured Historia jednej (i pół) butelki whisky

Historia jednej (i pół) butelki whisky

Lotnisko Glasgow, Szkocja
wrzesień 2019 r. 

W plecaku, właśnie nadanym na lotnisku w Glasgow do Polski, wesoło chlupocze sobie malutka, dość niecodzienna butelka whisky. Niecodzienna, bo samodzielnie przez nas napełniona prosto z beczki w destylarni Laphroaig na szkockiej wyspie Islay. Ma swoją przywieszkę z certyfikatem i nosi dumne miana: “single cask” i “cask strength“. Po prostu, jak na whisky, to nieco zadziera nosa 😉

Co prawda, z powodu korka na M8, prawie spóźniła się na samolot, ale okoliczności i tak były znacznie mniej dramatyczne niż te, których doświadczyła 5 lat wcześniej jej starsza koleżanka – butelka dziesięcioletniej Laphroaig (dobrej, popularnej whisky z tej samej destylarni)…

Historia jednej butelki zaczyna się w Leith
Wszystko zaczyna się w Szkocji. Leith to port morski Edynburga, obecnie stanowi jego dzielnicę.

Morze Północne, przybliżona pozycja 57°00 N 003°40 E
06.04.2014 r. godz. 12:15 czasu statkowego

Dzielna, choć mocno zmęczona życiem brygantyna “Jean de la Lune” niezmordowanie przebija się przez zimne fale Morza Północnego. Z pewnością byłoby jej łatwiej, gdyby nie przelewające się przez zęzę pokaźne ilości wody, której tam zdecydowanie nie powinno być. Drewniane kadłuby statków ciekną – to nic dziwnego – a normalnie z nadmiarem wody w zęzie radzą sobie pompy. Ale teraz pompy elektryczne nie pracują, bo akurat wysiadł agregat prądotwórczy (statek właśnie płynie ze Szkocji do Polski na pierwszy gruntowny remont po dziewięciu latach stania przy nabrzeżu). Doświadczona załoga ratuje sytuację, klasycznie wylewając wodę podawanymi sobie z rąk do rąk wiadrami. Wody już nie przybywa, ale i tak nie jest zbyt wesoło. To sam środek Morza Północnego, do Szkocji i Skandynawii jest równie daleko, a najbliższy ląd jest… wprost pod nami. To raptem kilkadziesiąt metrów.

Nietrudno wtedy o pesymistyczne myśli: a co, jeśli jednak nam się nie uda? Nie naprawimy agregatu, pompy nie ruszą i w końcu trzeba będzie pomyśleć o opuszczeniu statku? Odpowiedź w wilczej głowie nasuwa się sama: będę musiał zostawić whisky!!! Porzucić moją wspaniałą, jeszcze nienapoczętą “dziesiątkę” Laphroaig?!

O nie! Szybciej z tymi wiadrami!

Szare niebo, szare morze i… czarne myśli

Będzie dobrze! Niesie nas wspaniały baksztag na Skagerraku, a dom coraz bliżej 🙂

Jeszcze tylko gęsta jak mleko bałtycka mgła. Zarys polskiego wybrzeża widzimy tylko na ekranie radaru.

Cel osiągnięty – żaglowiec w stoczni remontowej! Butelka Laphroaig dowieziona i można wznieść toast za szczęśliwy powrót z morza.

Edynburg, jeden z hipermarketów na obrzeżach miasta
02.04.2014 r. godz. 18:50 UTC

Wyprawa do miasta tuż przed wypłynięciem to głównie zaopatrzenie spożywcze na dwa tygodnie dla kilkunastu osób (nawet sobie nie wyobrażacie, ile tego jest!). Ale to przecież Szkocja, więc chociaż tę jedną butelczynę porządnej whisky trzeba stamtąd przywieźć. W temacie “szkockiej” wciąż jestem nowicjuszem mimo pewnych wysiłków Agresta (z zawodu:  osobistego szwagra). Szybki z konieczności przegląd marketowych półek coś tam jednak z pamięci wydobywa: ma być whisky “single malt” – o proszę, jest cały regał. “Islay” – aha, to chyba porządny region. Dziesięcioletnia “Laphroaig” (jak to się czyta?!) wygląda nieźle, cena też do strawienia. No to idziemy do kasy. Pani skanuje kolejne produkty i zatrzymuje się przy whisky.
Mmmmm, Laphroaig, moja ulubiona! – uśmiech rozjaśnia oblicze kasjerki. – Bardzo torfowa – dodaje kiwając głową.
Z lekka mnie zamurowało. Takie rozmowy przy kasie hipermarketu to chyba tylko w Szkocji 😉

Nietuzinkowy środek transportu dla naszej whisky: “Jean de la Lune” po dziewięciu latach bezczynnego stania przy nabrzeżu…

…wymaga dużo pracy, żeby móc wyruszyć w morze. Naprawdę dużo pracy!

Przepiękne miejsce tuż przy edynburskim zamku, ale dla nas raczej za drogie. Dlatego naszą butelkę whisky kupujemy w hipermarkecie 😉

Destylarnia Laphroaig, wyspa Islay
05.09.2019 godz. 16:30 UTC

Nalewanie whisky prosto z beczki wcale nie jest takie proste. Ogromna pipeta ma chyba kilometr długości i przelanie jej zawartości do małego naczynka bez rozlewania po okolicy to naprawdę wyzwanie dla niewprawnych rąk.

A rozlać byłoby szkoda. Whisky dojrzewała w beczce po naszym ulubionym hiszpańskim wzmacnianym winie manzanilla (odmiana sherry), a to rzadki przypadek. Skoro prosto z beczki, to ma też odpowiednią moc: 58,6% (to tzw. cask strength).

– Moja “dziesiątka” będzie miała siostrzyczkę – mruczę pod nosem, walcząc z pipetą.

Jeszcze tylko wpis do rejestru. Buteleczka otrzymuje przywieszkę z kolejnym numerem i charakterystyką beczki. Całość, wraz ze szklaneczką degustacyjną ląduje w gustownym pudełku z logo Laphroaig.

– Pamiętajcie, żeby przed podróżą samolotem upić odrobinę whisky z waszych butelek, tak żeby nie były pełne pod korek – instruuje nasza przewodniczka po destylarni. – Inaczej trochę może wypłynąć, a przecież to wy macie pachnieć whisky, a nie wasz bagaż.

Da się zrobić, proszę pani 🙂

Beczka numer 5945 po sherry manzanilla, w której dojrzewała nasza whisky

Historia jednej butelki właśnie rozszerza się na drugą ;)
Bardzo się staramy nie porozlewać, ale to nie jest łatwe. To trochę jakby jeść zupę półmetrową łyżką 😀

Rozszerzona historia jednej butelki musi być udokumentowana w księdze beczki
Jeszcze tylko wpis do księgi rejestrowej i nasza buteleczka uzyskuje unikalny numer

Domowe zacisze
09.11.2019 godz. 20:15 CET

Na stole stoją przed nami obie. Mała, młodsza siostra, nietrywialna, certyfikowana, własnoręcznie nalana prosto z beczki w destylarni, w której powstała. A obok niej druga, starsza siostra – popularna, seryjnie produkowana, wzięta z półki w hipermarkecie. Za to po przygodach na Morzu Północnym, ukołysana wspaniałym baksztagiem Skagerraku i wytrzęsiona poprzecznym rozkołysem Kattegatu. Sunąca przez gęstą jak wata mgłę spokojnego niczym jezioro Bałtyku.

I która z nich jest bardziej niezwykła?

Historia jednej butelki kończy się szczęśliwie na naszym stole :)

No to Slàinte Mhath!

 

Odpowiedz

Skomentuj
Podaj swoje imię

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

psyche&Wilczy

Jak się spotkali? Przypadkiem, jak wszyscy. Jak się zwali? Na co wam ta wiadomość? Skąd przybywali? Z najbliższego miejsca. Dokąd dążyli? Alboż kto wie, dokąd dąży?

Denis Diderot "Kubuś Fatalista i jego pan"

Najchętniej czytane

Walencja bardzo pozytywnie zaskoczyła nas kulinarnie. Tam po prostu wszystko, czego spróbowaliśmy, było smaczne! Bez względu na to czy jedliśmy w polecanej restauracji, czy...
Zanurkujmy na Gozo Malta to ostatnio coraz modniejszy kierunek wśród nurków. W Egipcie już wszyscy byli, a niektórzy twierdzą, że tam niebezpiecznie. Do Meksyku nieco...
Azory to nie tylko piękne widoki, fantastyczna przyroda i zmienna pogoda. Azory to przede wszystkim jedzenie! I to jakie! 🙂 Zawsze wychodzimy z założenia,...
Nie w każdym przewodniku turystycznym o Gruzji znajdziecie wzmiankę o tym miejscu. Co więcej, nawet w internetowych zestawieniach gruzińskich ciekawostek Chiatura gości niezwykle rzadko....
Festiwal Dobrego Smaku to impreza, na której nas – pierwszych żarłoków Rzeczypospolitej – nie mogło zabraknąć. Impreza jest cykliczna, po poprzednich edycjach nie mogliśmy...